
Zdawszy!
Dzisiaj poszłam sobie zrobić fotki do nowego paszportu. To chyba najmniej korzystne zdjęcia, jakie w ogóle robi się ludziom. Trzeba być naprawdę pięknym, żeby na fotce nie wyglądać jak palec u stopy. Wierzcie mi, że bywają takie niekorzystne ujęcia, na których twarz zamienia się w paluch (ale taki przeciętny paluch dorosłego mężczyzny, a nie na przykład paluch z frenchem). Jak fotograf spojrzał na pierwszą fotkę, którą mi zrobił, to powiedział krótko: "żałoba". A potem mnie przypudrował, oczywiście nie miał pudru w moim bladym odcieniu, więc mi domalował ciemniejsze poliki. A ja nie po to używam zielonego mazidła i smaru hd (5D, kurna), żeby mi tu doprawiać przaśny polik! Straszne. I jeszcze kręcenie nosem, że jestem na ciemno... (a jak miałam być, skoro zdjęcia są robione na białym tle?) Przypomniało mi się, że jak mama kiedyś wyszła z domu ubrana cała na czarno, to sąsiadka od razu spytała, czy ktoś umarł w rodzinie. Ja, że tak skromnie napiszę, chodzę na czarno 340 dni w roku. Jak mam na sobie inne barwy, to znaczy, że w domu robi się pranie.
Wczoraj, gdy leżeliśmy na dywanie, Piotr zaczął mnie uczyć francuskiego. Wbrew temu, co mogą sugerować okoliczności (dwoje zakochanych w sobie ludzi, leżenie, miękki dywan itd.), mam na myśli język romański, należący do rodziny indoeuropejskiej. Umiem już przedstawić siebie i Kajtka, odmieniać czasownik "być", powiedzieć, skąd pochodzę, a także powiedzieć, że lubię spać i kocham mojego Piotra. Że tem.
Ostatnio na ćwiczeniach z historii języka dostaliśmy zestaw zadań do zrobienia w domu. Zrozumiałam, że te kartki są dla nas, czyli moją prywatną sprawą jest to, czy ja tam narysuję świniaka, czy coś napiszę. I narysowałam, i napisałam (dwie strony zapisałam!). Przychodzę na wydział, a tu mi donoszą, że te kartki trzeba oddać pani doktor do sprawdzenia.
Też się zastanawiam, czemu jeszcze nie śpię. Ostatnio czytam za wszystkie czasy, bardzo różne teksty, do bardzo późna, zachowuję zadziwiającą przytomność (a może tak mi się tylko wydaje, że to jest przytomny stan) do bardzo późnych godzin. A jutro znowu wstanę o takiej porze, że wolę nie mówić.
W zasadzie można by sie pokusić o jakieś zestawienie zonków mijającego roku, ale ten rok wyglądał mniej więcej tak, że najpierw był okres przed ślubem, potem był ślub, a potem, czyli teraz, jest już ciągle po ślubie, więc nie mogę napisać, że dzieje się źle, choć oczywiście wtedy lepiej by się czytało, a mnie pisało. Ja mam jednak codziennie mikołajki, walentynki i inne halloweeny, dzisiaj dostałam skarpety świńskie na przykład. Z ogólnej radości smutnej notki nie wyrzeźbisz (no chyba że chcesz skłamać). Jestem in the mood for love, jak to śpiewa Bryan Ferry (ten od Slave to love). W związku z tym nabyłam dzisiaj eleganckie spodenki od piżamy... (wielokropek).
Po drugie - dowcip roku. Srogim zonkiem lub wielkim nieporozumieniem jest uznanie Jennifer Aniston najseksowniejszą kobietą wszech czasów. Gdy się o tym dowiedziałam, to pomyślałam, że najwidoczniej głosowały wszystkie dziewczyny z sąsiedztwa. Potem doczytałam, że tak fatalny gust mają czytelnicy magazynu Men's Health, którym najbardziej podobają się kobiety zabawne. Trzeba przyznać, że sami też są zabawni.
W nadchodzącym roku życzę Wam przede wszystkim zdrowia, spokoju i miłości. W Nowy Rok, gdy już podniesiecie swoje zdewastowane zwłoki o piętnastej, pomyślcie, że ihacz siedzi w pracy do osiemnastej...
Od jednych rodziców dostaliśmy wałówkę nr 1, a od drugich wałówkę nr 2. Oczywiście jak już dany nam został
1. Ostatnio pożegnaliśmy Violettę Villas. Piszę o tym, ponieważ
kiedyś mama powiedziała, że skończę jako ona. Mama mówiła to wiele lat
temu, gdy Villas żyła i nic nie zapowiadało śmiertelnego złamania nogi
(choć ogólna omszałość była już widocza). Doprecyzuję jednak, że
chodziło o to, że w przyszłości będę otoczona wieeeelką gromadką psów.
Rzeczywiście od bardzo dawna wiem, że w otoczeniu psów byłoby
najlepiej. Muszę tylko dorwać kawał ziemi, na którym wszyscy byśmy się
pomieścili (Piotr, Kajtek, ja, ziomki Kajtka ze schroniska - Kajetan
siedział w boksie z wieloma psami, które nagle zostały pozbawione
towarzysza...).
Z wielką ulgą donoszę, że zdałam. Zwykle nie wspominam tu o egzaminach, bo jednak na co dzień zajmują mnie dużo ciekawsze sprawy (choroby skórne, liszaje w przestrzeni miejskiej, Angelina...). Tym razem jednak, z przyczyn prywatnych, zależało mi na bardzo dobrym wyniku. A jak w grę wchodzą sprawy osobiste, to wiadomo, że ogląd sytuacji jest zaburzony. Na szczęście udało się. Piękny zestaw wylosowałam, miałam - co mi się rzadko zdarza - dużo do powiedzenia. Ulga, ulga, ulga.
ihaaa 2012-01-29 19:48:24
skomentuj (2)
keep making me laugh
Jakbym miała mniej więcej nakreślić sytuację, w jakiej się znajduję, to powiedziałabym, że mam przesrane. A gdyby ten stan chcieć gdzieś w miarę precyzyjnie umiejscowić, to tylko w czarnej dupie. Misji samobójczej się podjęłam. Gdy jeszcze się zastanawiałam, to postanowiłam, że spytam ludzi o radę, a ludzie oczywiście zachęcali (no że jak to nie, że na moim miejscu by się zgodzili). Ci ludzie, tak pomyślałam, albo są tak dobrzy, że nigdy nie gniotło ich poczucie żenady, albo są po prostu tak głupi. Pamiętam, jak startowałam kiedyś na copywritera (śmiech na sali). Oczywiście, że się nie nadawałam, ale zostałam zareklamowana, też się radziłam, też doradzano, no i w sumie grzech nie skorzystać (już po samych argumentach, jakimi się przekonywałam, widać, że nie byłam za bardzo zainteresowana. Jednak grzech nie skorzystać!). Poszłam, spędziłam kilka godzin na zbieraniu materiałów i do siódmej rano pisałam bardzo słaby tekst. Straszne kanciaste zdania powychodziły; musiałam mieć wtedy naprawdę bolesne zatwardzenie, które uniemożliwiało wyprodukowanie czegokolwiek płynnego. W głębi duszy się cieszyłam i czułam ulgę, bo od początku wiedziałam, że tam nie pasuję. Dobrze się stało. Teraz też ostatecznie powiedziałam, że trudno, no ale tak (jeszcze mi ta odpowiedź do końca przez gardło nie przelazła, a już pożałowałam). Sama jestem ciekawa, czy dobrze się stanie. Niechże spadnie obfity śnieg i to wszystko zasypie (zawieje... Zaskakująco dobra książka o tym tytule). Odezwę się, gdy już powrócę na swoje miejsce, a mianowicie na kanapę, na której namiętnie zalegam obok Piotra. Aż jest ta kanapa cała opuchnięta!
ihaaa 2012-01-22 01:45:27
skomentuj (4)
You fit me better than my favourite sweater
Był czat z Angeliną, uczestniczyłam z wypiekami na twarzy i dekolcie. Późno w nocy było, w zasadzie nad ranem, porę wybrali taką dyskryminującą europejskich fanów… No ale ja byłam, był człowiek z Kazachstanu, podejrzanie dużo ludzi z Brazylii. Wszyscy zjednoczeni w miłości, w wielu mieszkaniach na całym świecie powietrze było w tym czasie tak gęste, że można je było ciąć już nawet nie nożem, solidnie naostrzonym tasakiem prędzej (skąd ten cytat o nożu? Czy cytat?). Ale i w wielu wypadkach oblizywano się ze smakiem, którym trzeba było ostatecznie się obejść. Oczywiście Angelina zdystansowana przy całej sympatyczności i ciepełku, jakie od niej biło. Dla wybranych, gdyż nie jest to typ dziewki z sąsiedztwa, instruktorki fitness z pasemkiem blond. No i w ogóle tematyka też nie sprzyjała jakimś, że tak powiem (protezka, mój ulubiony operatorek metatekstowy), fantazjom wyszukanym czy innym aluzjom. Ja bym była lepszym moderatorem, bym to wszystko chociaż próbowała sprowadzić na inne zagadnienia dotyczące relacji międzyludzkich. Ale to byłoby możliwe tylko wtedy, gdybym zdecydowała się cokolwiek powiedzieć (no chyba że dałoby radę na migi), a takiej sytuacji sobie nie wyobrażam, gdyż wszystko można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że lubię i umiem dobrze mówić. Zwłaszcza w obecności ludzi, którzy mi imponują. A wy możecie tu zaraz wytknąć, że ja jakieś myśli jednoznaczne względem Angeliny mam (a guzik!) lub że jakieś to niezdrowe, nudne już, a z pewnością niepoważne. Kto jednak jednoznaczne myśli ma, ten ma. Ja mam rączki tutaj. Tak to jest, że człowiek to zwierzę (nad)interpretujące. Czyta, czyta tu blog, jakaś refluksja mu się przybłąka, jakieś wspomnienia spraw minionych, własne doświadczenie (straszne obciążenie), wyobrażenie mnie… No i z tym wszystkim w głowie ktoś tu czyta notkę i jest ryzyko, że jej nie rozumie.
(Dzisiaj trzymam kciuki za film Angeliny; "In the land of blood and honey" jest nominowany do Złotego Globu. Trzymam kciuki z sympatii do pani reżyser. Nie widziałam filmu, nie wiem, czy można być zażenowanym, czy zniesmaczonym… Temat wybrała trudny, ja bym się go nie podjęła. Oczywiście to, że bym się nie podjęła, nie znaczy wcale, że jest to lepsze podejście, bo być może właśnie więcej dobrego daje kij wsadzony w mrowisko. Nie wiem. Czekam).
ihaaa 2012-01-15 22:23:25
skomentuj (5)
fotograf
PS
We czwartek czat z Angeliną! Na żywca!
ihaaa 2012-01-11 00:56:37
skomentuj (7)
jutro rozbieramy choinkę
Kiedyś pracowaliśmy z Piotrem nad pewną książką. Dodam, że nalegałam na przyjęcie tego zlecenia, ponieważ było korzystne finansowo, tylko dlatego. No i tak - robotę wykonaliśmy w maju, a pieniędzy nie ma do dziś (i od razu uprzedzam, że nie ma to żadnego związku z tym, co zaraz opiszę);]. Pracowaliśmy nad książką, no i dostaliśmmy któregoś dnia już ostateczny wydruk, do ostatniego sprawdzenia. Wersja ostateczna, czyli tylko jakieś drobne poprawki wchodziły w grę, a z tych drobnych i tak trzeba było zrobić selekcję i wybrać najmniejsze drobiny. Wydruk mieliśmy odesłać do wydawnictwa, a książka już miała iść do druku. No więc nie byłoby głupio, gdyby ten wydruk był schludny, chlujny, elegancki, świadczący o nas dobrze. Ja jednak mam tak, że gdy coś sobie piszę, to lubię ozdabiać marginesy. Maluję kobiety, piersi, świniaki zasmarkane, inne zwierzęta też. Już się domyślacie, do czego zmierzam. Na tej ostatecznej wersji, którą potem mieli oglądać inni ludzie, namalowałam takim zamaszystym ruchem bujną choinkę z gwiazdą betlejemską. Miejscami ją pocieniowałam, żeby bidnie nie wyglądała. Potem Piotr mi tę choinkę uświadomił. Nie było za bardzo czasu, żeby tu cokolwiek poprawiać, ukrywać, bo następnego dnia wybywaliśmy w podróż poślubną. Poszło z choinką do wydawnictwa. Mam nadzieję, że się zecer (?) chociaż roześmiał, gdy zobaczył rysunek.
ihaaa 2012-01-07 02:12:43
skomentuj (6)
Miłość, małość, grzyb
Na koniec roku jestem winna dwa słowa. Po pierwsze - grzyb (grzyb konkretny i Grzyb w ogóle. Dlaczego uparłam się na grzyby - nie wiem. Pewne jest tylko, że budzą we mnie agresję). Zdaję sobie sprawę, że to zdjęcie może wywołać wiele kontrowersji, że być może powinno być dozwolone od lat osiemnastu, że blog.pl zablokuje ihaaa.blog.pl, że będą skargi od rodziców, których pociechy trafią na tego bezwstydnego grzyba... Zaryzykuję.
![]()
![]()
![]()
![]()

Ten powyższy grzyb wnerwił mnie tym, że się czaił pod trawą, był taki nie do końca, ale widać było z daleka, że jednak jest, że jest dorodny (a jak grzyb, to i grzybnia, która drażni mnie wybitnie. Patrząc na grzyba, trzeba mieć w pamięci grzybnię). Nie wylazł cały, ale się czaił (grzybnia w pamięci). Było w tym coś moralnie podejrzanego (w tym, że sterczał, ale nie wylazł). Po utrąceniu i wzięciu w łapę okazało się, że kapelusz jest wilgotny - to było już w zasadzie nieprzyzwoite (wilgoć, a nie wzięcie do ręki). Powiem tylko tyle, że ten grzyb (grzybnia w pamięci) zginął śmiercią tragiczną.
ihaaa 2011-12-30 00:13:19
skomentuj (6)
poświądecznie
makowiec, to razy dwa, jak bigos, to razy dwa, jak śledzie, to razy cztery. Tyle tego, że w końcu nie wiem, co najpierw
załadować sobie do buzi, więc w zasadzie nie jem za wiele. Nadmiar ciast nie jest dobry, bo naprawdę ciężko zdecydować,
czy wybrać sernik, obok którego makowiec, czy jednak piernik, który stoi obok makowca, czy może śmietanowiec (bardzo, bardzo dobry), na którym stoi drugi makowiec, czy wybrać tort z bitą śmietaną, z najlepszej cukierni w Radomiu, ktorej filię powinni koniecznie otworzyć w Warszawie, byśmy w końcu mieli pyszne ciastka, takie na miarę stolicy (ale tej stolicy, która kojarzy się
np. z Krakowskim Przedmieściem, a nie przejściami podziemnymi czy prusolami, które bywają traktowane jak zwierzątka domowe).
Generalnie to bardzo źle, gdy zbytnie roztrząsanie uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Wtedy już lepiej w ogóle nie myśleć.
Heaven is a place on earth with you ;]
ihaaa 2011-12-26 17:34:20
skomentuj (3)
Kajetan K.
Obiecuję, że to ostatnie zdjęcie Kajtka w tym roku. Szablon na blogu nie toleruje zbyt szerokich fotografii, więc żeby zobaczyć zdjęcie w sensownym rozmiarze, trzeba, niestety, kliknąć "skomentuj".


ihaaa 2011-12-19 19:13:25
skomentuj (8)
Drogi pamiętniczku
No więc kolejny raz wlazłam w świeże gówno psie. A jak świeże, no to wiadomo: czuć je, ciężko zmyć, no o krawężnik można ewentualnie wytrzeć (pod warunkiem, że się człowiek zorientuje na spacerze, że w coś wdepnął), można też zrobić ślady na klatce. Nie jest to na pewno coś dyskretnego. A u nas, gdy już się wyjdzie za ogrodzenie, pójdzie w krzaczki, to trzeba uważać. Gdy jest jednak ciemno i łazi się wśród liści, to niewiele można zdziałać. No więc wlazłam, krew mnie zalała, bo zobaczyłam dopiero w domu. I gdy tak czyściłam but, przypomniało mi się zdarzenie z zeszłego tygodnia. Otóż wdepnęłam spektakularnie (musiała to być sprawka jakiegoś dużego psa, no bo jak spojrzałam na podeszwę, to miałam tylko taką myśl, że masakra, trzeba uciekać do domu). No więc uciekam. Dyskretnie chciałam się dostać do domu, bez świadków, bez żadnego listonosza lub innego kuriera. Blok mamy piękny, oszklony, dzięki czemu widziałam, że idzie sąsiad, czyli Kajtek zaraz zacznie się wyrywać i szykować do pożarcia. Powoli zaczęłam się
kierować w stronę drzwi, ale nie tak wprost; nie chciałam, żeby zostało to odebrane jako ewidentne zaraz wejście do budynku. Po prostu - idę, nieco się czaję, niby wchodzę, niby nie, generalnie moje zachowanie nie było do końca jasne, a zamiar nie był jednoznacznie wskazujący na chęć szybkiego wejścia do budynku. Przypominam, że w tym czasie cały czas but był umorusany, a moją ukrytą intencją było dyskretne dostanie się do domu. No ale co ja paczę?
Drzwi się otwierają. I pozostają otwarte. A mnie już coś rośnie, bo pies się szarpie, wyrywa na smyczy (a but w tym czasie umorusany), a sąsiad z tej klatki nie wychodzi (but umorusany). Czyli taka sytuacja, że ja stoję, pies się szarpie, drzwi otwarte (i od tych drzwi straszne słońce się odbija), nikt nie wchodzi, nikt nie wychodzi. Ożeż (o żeż) ty. - No proszę wychodzić - coś w ten deseń powiedziałam głosem zdecydowanym (but ciągle w gównie, słońce się odbija, razi mnie w oko, w zasadzie w ogóle nie widziałam twarzy tego sąsiada. Tyle mogę tylko powiedzieć, że to był facet). - Ale ja pani otwieram te drzwi - uśmiecha się pan. No ale powiedział to tak jakoś nie do końca neutralnie (?) Albo ze zwykłą uprzejmością człowieka otwierającego drzwi, albo z radochą kogoś, kto wyczuł gówno nosem i mnie wprawia w żenującą sytuację. W którą oczywiście dałam się wmanewrować, gdyż tak mnie zaskoczył obrót spraw, że nie pomyślałam, by powiedzieć, że na przykład dziękuję, ale nie skorzystam. Ja oczywiście - ponieważ
jestem bardzo miła - zaczęłam bardzo dziękować w imieniu swoim i szarpiącego się psa, szybko chciałam się wcisnąć do klatki, zręcznie i z gracją, ale Kajtek oczywiście jeszcze musiał się wyrywać i próbować wyniuchać, ja z tym butem w strasznym stanie... Capiło okrutnie. Głupio mi oczywiście do tej pory.
ihaaa 2011-12-15 23:02:43
skomentuj (6)
Dwie sprawy
ihaaa 2011-12-10 18:58:32
skomentuj (6)